Po pierwsze: media, policja i politycy kształtują
całkowicie nieprawdziwy obraz tego co się na polskich drogach dzieje.
Gwoli ścisłości: wszyscy są zgodni i ja też, bo wiem to z codziennej
praktyki, że na polskich drogach trwa nieustający horror. Tysiące ludzi
ginie zabitych przez drogowych morderców. To się zgadza.
Natomiast protestuję przeciwko powtarzaniu i powielaniu mitów co do przyczyn tego stanu.
Co wynika z programów informacyjnych wszystkich kanałów telewizyjnych,
szczególnie w długie weekendy, w dniu 1 listopada lub w wakacje?
Wszystkie media, policja i politycy kreują następujący obraz największego zagrożenia na polskich drogach:
Wg nich jest to młodzieniec lat 20-25, który będąc pod wpływem alkoholu
lub amfetaminy, a najlepiej jedno i drugie, pędzi przez środek miasta
200 km na godzinę stuningowaną beemką z ciemnymi szybami, nie
zatrzymuje się do kontroli policyjnej i po staranowaniu kilkunastu
samochodów zatrzymuje się na latarni.
W lecie pierwszeństwo
obejmuje motocyklista, szybkość wzrasta do 250 km/h, a nawet niektóre
serwisy bez żenady mówią o 300 km/h.
Diagnoza, utrwalona od
wielu lat i powtarzana jako oczywisty, niepodważalny dogmat jest jedna:
największą przyczyną wypadków w Polsce są: szybkość, brawura, alkohol.
Czasem, z rzadka, gwoli już największego obiektywizmu, ktoś jeszcze
wspomni o dziurawych drogach i kiepskim stanie technicznym pojazdów.
Adekwatnie do tak zidentyfikowanych zagrożeń podejmuje się akcje: w
długi weekend tysiące policjantów czai się w krzakach z suszarkami i
alkomatami, słupów na fotoradary (w większości pustych) oraz znaków
ograniczenia prędkości jest już więcej niż reklam hurtowni.
I wszyscy niezmiennie demonstrują zdziwienie, szok, oburzenie: "znów na drogach w weekend zginęło 80 osób".
To dlaczego zginęło? Na drogi wyległo tysiące policjantów, wszystkie
stacje telewizyjne na okrągło pokazywały ich w akcji, kiedy ofiarnie
wyskakują z lizakiem tuż przed pędzący samochód, a potem skruszony
kierowca dmucha w balonik. Czemu mimo to ci wszyscy ludzie zginęli, a
wielokrotnie więcej trafiło w ciężkim stanie do szpitala?
Z
moich dwudziestoletnich obserwacji, popartych zresztą prowadzonymi
przeze mnie statystykami, wynika prosta odpowiedź: oni zginęli nie tam
gdzie stali policjanci, i zginęli nie z takich przyczyn, o jakich
wszyscy opowiadają . I nie chodzi tu o tak banalny fakt, że policjanci
stali na siedemdziesiątym kilometrze "gierkówki" a ktoś zginął na
siedemdziesiątym piątym.
Chodzi o to, że w Polsce zdecydowana
większość ludzi na drodze ginie w zupełnie innych okolicznościach niż
wynika to z obrazu kreowanego przez media, policję i polityków.
Z moich statystyk wynika: małolat w czarnej beemce z ciemnymi szybami
pod wpływem amfetaminy lub alkoholu trafia do szpitala (lub trafiają
jego ofiary) raz na dwa miesiące. Motocyklista, który kogoś zabił,
trafia się raz na pół roku. Natomiast, motocyklista, którego ktoś zabił
lub próbował zabić, trafia do nas dwa razy w tygodniu.
A wiecie
Państwo kto jest, też w moich statystykach, absolutnym numerem jeden
jeśli chodzi o liczbę ofiar? Jest to pani lat 30-40, trzeźwa, w dobrym,
służbowym samochodzie, przejeżdżająca pieszego na pasach. To się zdarza
CODZIENNIE, i to kilka - kilkanaście razy dziennie.
W
24-godzinny ostry dyżur urazowy, w zwykły dzień tygodnia, z terenu
Warszawy trafia do oddziału ratunkowego co najmniej 15 osób (cięższe
przypadki, w tym niektóre skrajnie ciężkie) oraz 30 na ortopedię
(lżejsze przypadki - złamania kończyn bez urazu głowy i narządów
wewnętrznych) - osób przejechanych podczas próby przekroczenia jezdni
na przejściu dla pieszych. I jeszcze jedna do kilku osób, które
trafiają już nie do nas, ale bezpośrednio do Zakładu Medycyny Sądowej,
na sekcję zwłok.
Proponuję Państwu redaktorom "Gazety
Wyborczej", zwykle bardzo rzetelnie przygotowującej materiały do
publikacji: sprawdźcie ogólnopolskie statystyki we własnym zakresie.
Ale krytycznie, nie na zasadzie, że patrol policji wpisał w rubryce
przyczyna wypadku: szybkość, brawura itp. Po każdych wyborach
publikujecie bardzo dokładne statystyki kto gdzie na kogo głosował, w
podziale na kategorie wiekowe, materialne, miejsce zamieszkania,
wykształcenie itd. Opublikujcie, proszę, podobne statystyki w
odniesieniu do wypadków komunikacyjnych.
Jeśli najwięcej ludzi
zabija 20-letni młodzieniec, to zakażmy wydawania mu prawa jazdy przed
25. rokiem życia. Ale jeśli okaże się, że najwięcej ludzi zostaje
zabitych przez kierowców w wieku 30-60 lat, trzeźwych, którzy nigdy w
życiu nie przekroczyli 120 km/h, prawo jazdy mają od co najmniej kilku
lat (a tak właśnie jest !) - to mamy problem.
Bo żadna akcja
policyjna ani kampania medialna, w dotychczasowej formie, nie
powstrzyma tej najgroźniejszej grupy morderców drogowych. WPROST
PRZECIWNIE: wszystkie te akcje tylko ich uspokajają: "Nie jestem młodym
kierowcą, mam zwykły samochód 1,3 litra, 70 koni, nie grzeję
"gierkówką" 180 km/h, nie piłem, więc jadę zadowolony z siebie,
prowadzę pewnie, bezpiecznie. Trzask! Lecące w powietrzu ciało
uderzonego pieszego. Wtargnęła na jezdnię! Wszyscy widzieli, wtargnęła
prosto pod koła, nie miałem szans!"
Myślicie Państwo, że ktoś,
kto kogoś przed chwilą zabił, ma chwilę refleksji nad sobą? A może
wręcz myślicie, że ktoś taki nie wygrzebie się z wyrzutów sumienia do
końca życia? Zapewniam, nic z tego. Policja przywozi sprawców
śmiertelnych wypadków do szpitala na pobranie krwi, więc z nimi muszę
rozmawiać, choć napełniają mnie wstrętem. Zero refleksji! Zero wyrzutów
sumienia! "To ta staruszka wtargnęła na pasy! Jakie czerwone, jeszcze
było żółte!". Pani przywieziona przez policję zrobiła w oddziale
ratunkowym awanturę mężczyźnie, którego pół godziny wcześniej
przejechała wraz z prowadzoną przez niego za rączkę pięcioletnią
córeczką na przejściu dla pieszych, a to oni mieli zielone światło:
"Gdzie lazłeś baranie! Ja miałam zieloną strzałkę, a więc
pierwszeństwo!"
Głównymi przyczynami wypadków w Polsce nie są
szybkość, brawura, alkohol, dziurawe drogi, kiepskie samochody.
Głównymi przyczynami są: bezmyślność, skrajna głupota, kretynizm,
debilstwo, idiotyzm i durnota kierujących samochodami osobowymi.
Las fotoradarów, ani suszarki w krzaczorach tego nie poprawią. Jedyne,
co może wpłynąć na zmniejszenie liczby ofiar na drogach, to
zdeterminowana, konsekwentna, organiczna, prawdziwa edukacja od
najmłodszych lat. I tu akcja "Gazety" spełnia rolę nie do przecenienia.
Jestem wam wdzięczny, że w pierwszym artykule opisaliście nie dresiarza
w beemce czy motocyklistę na tylnym kole, ale panią w mercedesie, która
zabiła pieszą na przejściu.
Materiał przeniesiony z portalu Gazety Wyborczej. www.gazeta.pl